Siedzą w domu, łapią depresję, a państwo traci na nich 23 mld zł rocznie. Kto to taki? NEET-si - młodzi ludzie, którzy nie robią zupełnie nic. W Polsce jest ich 580 tys.
Rafał z Warszawy rozesłał przez internet 190 aplikacji. Trzy firmy odpowiedziały: współpraca na prowizji od sprzedaży i z przymusem samozatrudnienia. Rafał się nie zdecydował. Ma 24 lata, skończył studia, miał kilka staży i teraz chce pracować na umowę o pracę. Dlatego, choć mógł, nie poszedł też do pracy w KFC czy McDonaldzie. I tak Rafał dołączył do gwałtownie rosnącej grupy NEET (z angielskiego: ''not in employment, education or training''). Czyli młodych, którzy nie pracują, nie uczą się ani w żaden sposób się nie doszkalają.
600 tys. bezczynnych
Według danych Międzynarodowej Organizacji Pracy w zeszłym roku w Polsce było 23,7 proc. bezrobotnych w wieku 15-24 lata. To 1 mln 250 tys. osób. Czym się różni NEET od bezrobotnego? Wskaźniki bezrobocia wśród młodych zdaniem wielu ekspertów nie do końca wiernie oddają sytuację. Młodzi, nawet jeśli nie pracują, często się uczą albo doszkalają. Nie wiadomo, kto, choć nie pracuje, to jednak coś robi, a kto nie robi zupełnie nic.
Jak wynika z raportu unijnej instytucji Eurofound (Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy), NEET-si stanowią ok. 13 proc. wszystkich osób w wieku 15-24 lat w 27 krajach UE.
Najwięcej było ich w Bułgarii - prawie 22 proc., najmniej w Holandii - 4,4 proc. W Polsce jest ich 580 tys. Ich liczba wzrosła w ciągu dwóch ostatnich lat o 1,5 proc.
- Młodym jest zawsze trudniej, bo wchodzą na rynek pracy bez doświadczenia - tłumaczy dr Joanna Tyrowicz, ekonomistka z Uniwersytetu Warszawskiego. - Z tego powodu bezrobocie wśród młodzieży jest zawsze wyższe niż w populacji ogółem. Ale recesja spowodowała znaczne pogorszenie - kryzys zawsze najbardziej odbija się na młodych. Widać to po rosnącej liczbie NEET-sów.
NEET słono kosztuje
Co sprawia, że jedni stają się NEET-sami, a inni nie? Zdaniem autorów raportu Eurofound głównie to, co wynosi się z domu. Np. dzieci osób, które były bezrobotne, są o prawie jedną piątą bardziej narażone na bycie NEET-sem. Niskie wykształcenie rodziców to ryzyko podwaja, ich rozwód podnosi o 30 proc. Ci, którzy mieszkają w miejscach gorzej skomunikowanych, są półtora raza bardziej narażeni na ''niecnierobienie'', a słabo wykształceni - trzy razy bardziej. Aż o 40 proc. łatwiej zostać NEET-sem, gdy jest się niepełnosprawnym. Trudno w kilku słowach opisać, kim jest typowy NEET. Na pewno nie jest to wiecznie siedzący przed telewizorem z piwkiem w ręku Waldek Kiepski. W tej grupie są też tacy, którzy są gotowi podjąć każdą pracę.
Ale są tu też osoby, które w ogóle nie mogą pracować, bo przewlekle chorują albo są niepełnosprawne. I te, które opiekują się dzieckiem lub rodzicami.
Co ciekawe, badacze z Eurofound wskazują, że do tej grupy nierzadko należą ci, których kiedyś nazywało się ''bananową młodzieżą''. Nie szukają pracy ani nie zdają do żadnej szkoły, bo po prostu nie chcą, a nie dlatego, że nie pozwalają im na to ograniczenia. Są tu też ci, którzy zajmują się sztuką albo podróżują. Po co wrzucać ich wszystkich do jednego worka? Bo choć to różne grupy, które mają różne potrzeby, łączy je jedno: ''nicnierobienie''. A to sprawia, że grozi im trwałe bezrobocie. I generuje poważne koszty.
Jak policzyli badacze z Eurofound, NEET-si w Polsce kosztują ponad 5 mld euro rocznie! Na jednym polska gospodarka i państwo tracą 37 tys. zł. Jak to możliwe?
- Policzono tu różnicę między przychodem generowanym przez NEET a przychodem generowanym przez osoby zatrudnione - tłumaczy Dominik Owczarek, socjolog z Instytutu Spraw Publicznych współpracujący z Eurofound. - Do tego dodano różnicę między wydatkami z finansów publicznych ponoszonych na grupę NEET i na osoby zatrudnione, np.: na zasiłki dla bezrobotnych, pomoc społeczną, na opiekę zdrowotną, a także koszty przestępczości, która wiąże się, niestety, ze zwiększonym bezrobociem.
Realny koszt utrzymania tej grupy stanowi 1,5 proc. naszego PKB. To jeden z wyższych wyników w Europie, znacznie powyżej średniej.
Wiem, że się marnuję
A ile bycie NEET-sem kosztuje ich samych? Rafał: - Teraz już szukam pracy gdziekolwiek. Jestem załamany głównie tym, że się marnuję.
Marta (24 lata, szuka pracy od pół roku): - Czuję, że jestem w sytuacji bez wyjścia. Lekarz przepisał mi tabletki na depresję, choć uważam, że mimo problemów ze zdrowiem i z pracą trzymam się dzielnie. Ale może to tylko pozory...
- Bezrobocie w młodym wieku to najgorsze doświadczenie dla psychiki - mówi dr Sylwiusz Retowski, psycholog pracy z sopockiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, od lat badający bezrobotnych. - Na niezahartowaną psychikę spada ogromny ciężar: poczucie, że jest się kimś nieskutecznym i bezwartościowym. Taki człowiek szybko przestaje wierzyć, że jest w stanie osiągnąć swoje cele, że się w ogóle do czegoś nadaje.
Jego zdaniem najgorsze jest właśnie ''nicnierobienie''. - Przeprowadzaliśmy w latach 90. badania na młodych ludziach po szkole średniej - opowiada Retowski. - Część dalej się uczyła, inni poszli do pracy legalnej, jeszcze inni - zarabiać na czarno. A część została w domu. Okazało się, że najgorzej swój stan znosili ci, którzy nic nie robili. Byli zawieszeni, na nic nie czekali, niczego nie planowali. Nawet pracujący na czarno lepiej sobie radzili, bo mieli poczucie przynależności i tego, że robią coś pożytecznego.
Młodzi źle sobie radzą również z tym, że ich wykształcenie do niczego się nie przydało. - Fryzjerki, kosmetyczki, manikiurzystki nie narzekają na brak pracy - mówi Marta. - Kto się okazał przegranym? Gorzej uczące się, mniej ambitne i mniej zdolne koleżanki, które zakończyły edukację na szkole średniej, czy my z wyższym wykształceniem, zdobytym w pocie czoła na prestiżowych, państwowych uczelniach?
- Badania z lat 90. wykazywały, że wyższe wykształcenie chroni przed bezrobociem - mówi dr Retowski. - Teraz już przestało. Bardzo wzrosła liczba osób po studiach, które są zawieszone (wolę to określenie, ''nicnierobienie'' jest bardziej deprecjonujące). Nawet nie rejestrują się w urzędach pracy. Przez lata zostają w domu, na utrzymaniu rodziców. Siedzą i czekają, aż coś samo się wydarzy. Z czasem przestają czekać nawet na to i wpadają w depresję.
Jak nie zostać w domu?
Po pierwsze, nie popadać w przesadę. Absolwent nie powinien oczekiwać, że natychmiast znajdzie pracę. - Gdy człowiek kończy szkołę, trzeba dać mu trochę czasu - mówi Retowski. - Może muszą się rozejrzeć, pozbierać, zorientować.
A gdy czas płynie, a pracy dalej nie ma? - Brać, co się da - mówi twardo Retowski. - Umowa-zlecenie? Świetnie! Trzy miesiące na zbieraniu truskawek w Anglii? OK. Praca w ochronie? Nie ma sprawy. Wolontariat? Jak najbardziej. Trzeba przede wszystkim chronić siebie. Wszystkie badania pokazują, że każde zaangażowanie chroni psychikę. Nawet, jeśli warunki zatrudnienia są złe albo pracujemy za darmo, to lepsze niż zawieszenie. Im dłużej siedzimy bezczynnie, tym częściej pojawiają się trudne do przewidzenia efekty.
Jednak młodym ''zawieszonym'', którzy podejmą jakąkolwiek pracę, grozi z kolei ''efekt piętna''.
Co to takiego? Naukowcy, którzy sprawdzili wpływ recesji na młodych, twierdzą, że ci, którzy w młodości doświadczyli bezrobocia albo niestabilnych form zatrudnienia, do końca życia zarabiają mniej. I znacznie częściej pracują na umowach tymczasowych albo cywilnoprawnych. Poza tym mają gorsze zdrowie i krócej żyją. Niechętnie też biorą udział w życiu społecznym (np. nie chodzą na wybory) i odkładają założenie rodziny.
Tak wygląda życie Kuby, 30-latka z Warszawy. Zaczynał jako stażysta w zagranicznej agencji informacyjnej, potem pracował w prywatnej telewizji, w radiu i kilku innych miejscach. - Z telewizji zwolniono mnie z dnia na dzień, bo pracowałem na umowę-zlecenie - opowiada. - Byłem załamany, bo myślałem, że to była praca życia. Wyjechałem na pół roku do Anglii odreagować. Gdy wróciłem do Polski i dostałem następną pracę, cały czas miałem poczucie, że mnie zwolnią. Więc przy pierwszej możliwej okazji, gdy coś było nie tak, sam się zwolniłem. Zrobił tak jeszcze pięć razy. Od kilku lat nie ma pracy. Utrzymuje go mama.
- Tymczasowe formy zatrudnienia sprzyjają powstawaniu NEET-sów i pozostawaniu w takim stanie przez resztę życia - potwierdza Dominik Owczarek. - Praca nie jest dla tak doświadczonych ludzi stałym elementem życia, tylko czymś, co się przydarza.
W Polsce od kilku lat poziom zatrudnienia na umowach czasowych jest najwyższy wśród krajów UE - 26,4 proc. wszystkich umów. Zdaniem Dominika Owczarka trudno jednak w kryzysie nawoływać do tego, żeby młodych zatrudniać wyłącznie na stabilnych warunkach.
- Trzeba się spotkać gdzieś pośrodku - mówi. - O to, żeby cywilnoprawne umowy zamieniały się stopniowo w stałe, będziemy walczyć, jak wyjdziemy z recesji. Teraz najważniejsze, żeby młodzi mieli pracę. Państwo powinno dofinansowywać ich miejsca pracy, dawać przedsiębiorcom jakieś ulgi, a pracodawcy w miarę możliwości powinni oferować stabilne zatrudnienie. To i tak będzie kosztowało mniej niż 5 mld euro rocznie.
Raport Eurofound ''Young People and NEETs in Europe: First Findings'', grudzień 2011
Źródło: Gazeta Wyborcza
-
Michasia21:
-
Dyta:
Pokaż wszystkie (2) ›